Pomin nawigacje

Wspomnienia o Kanclerzu


JANUSZ


      Janusza poznałam przed 15 laty, gdy powołany został na urząd Wojewody Zamojskiego.

      Zapamiętałam przelotne spotkanie na Plantach, kiedy po zebraniu, na którym został wybrany wojewodą, wracał do domu. Skupiony, skromny, zamyślony. Później każdego dnia widywałam Go na zamojskiej Starówce, gdy po porannej mszy świętej w Kolegiacie spieszył do domu lub pracy. Z czasem pojawiły się kontakty osobiste. Spotkania w naszym domu, w domu Januszów (bo tak mówimy o Zosi i Januszu Różyckich). Spotkania serdeczne, szczere, życzliwe. Ostatnie 4 lata był moim przełożonym.

      Z wielką radością wspominam Jego kontakty z kilkuletnią Ewą. Pomysłom nie było końca. Wytrwale rozwiązywali krzyżówki. Urządzali konkursy wiedzy, za które zwycięzcy byli nagradzani.

      Przez te wszystkie lata wspólnie przeżywaliśmy święta. Przed wyjazdem Januszów w rodzinne strony spotykaliśmy się, aby przełamać się opłatkiem czy złożyć sobie życzenia wielkanocne. Po powrocie zawsze dzwonił i meldował, że wrócili z wyjazdu szczęśliwie.

      Wspólnie przeżyliśmy jubileuszowy wyjazd pielgrzymkowy do Rzymu. Ile troski wykazywał podczas niego dla Zosi i nas wszystkich.

      Przed oczami staje mi bal charytatywny w Klubie Garnizonowym, na którym byliśmy. Przypadek zrządził, że naprzeciw Janusza siedział Jego “opiekun” z czasów internowania. Janusz przyjął to “spotkanie” z godnością. Po krótkim czasie “opiekun” przeniósł się w inne miejsce. Bawiliśmy się wówczas do białego rana, kończąc tańcem w szatni.

      Starał się żyć bez uprzedzeń, nie szufladkować ludzi, tylko dlatego że byli z innej opcji politycznej. Wiele razy podkreślał, że liczą się dobre czyny. Szanował ludzi i doceniał w nich najlepsze cechy. Poświęcał im wiele czasu, często pochylając się nad ludzką krzywdą. Szczególnie bliscy byli Mu strażacy, których szanował za ich postawę na rzecz niesienia pomocy innym. Cieszył się wszelką pozytywną aktywnością młodzieży. Z niepokojem przyjmował wszystkie złe wiadomości dotyczące zachowań młodych ludzi. Wynikało to z troski o przyszłość Polski. Nie znosił krętactwa, nieuczciwości i wyczuwał to z sobie wiadomą intuicją.

      Ciągle nosił w sobie niepokój, że można robić więcej, narzekać mniej. Tęsknił do sytuacji, gdy każdy robi co do niego należy i w tym upatrywał wszelkie powodzenia. Przedkładał ponad wszystko uczciwość. W Jego postępowaniu czytelna była prawość. Był swoistą skałą w swych poglądach i wiadomo było czego można się po Nim spodziewać. Jako przełożony był niezwykle otwarty na dobre, czytelne inicjatywy i dawał duże możliwości samodzielnej pracy.

      Przez wszystkie lata naszej znajomości i przyjaźni marzył o domu na wsi i oddaniu się pasji rolniczej, po przejściu na emeryturę. Ze śmiechem mówił, że będzie wówczas hodował konie i kozy. Choroba pokrzyżowała te i inne plany.

      W styczniu ubiegłego roku przez telefon powiadomił mnie o chorobie. Wówczas zaproponowałam Mu, żeby nazwał sprawę po imieniu, nie bał się słowa “nowotwór”, bo to pomoże w walce z chorobą. I tak było. Z ufnością przyjmował wszystkie nowe promyki nadziei aż do końca. Bardzo chciał żyć i ta siła życia pozwoliła Mu na tak długie trwanie w śmiertelnej chorobie, naznaczonej ogromnym cierpieniem fizycznym i psychicznym.

      Często bronił się przed angażowaniem się w Jego trudną sytuację, ale wszelką pomoc przyjmował z niezwykłą wdzięcznością. Zawsze prosił o modlitwę i wierzył w jej moc i siłę. W modlenie o Jego zdrowie angażowała się rzesza ludzi - takich, którzy znali Go osobiście, ale także nieznajomych. Gdy obserwowałam otoczenie, z radością myślałam, jak wiele osób w tym Jego cierpieniu odnajduje swoje drogi do Boga.

      Do końca interesował się sprawami zawodowymi. Pytał o postępy prac przy książkach i wystawach. Planował wiele, jakby sam nie wierzył, że choroba jest śmiertelna. Wiele mówił o tym, że chciałby spłacić dług wdzięczności wobec ludzi i zaangażować się w utworzenie domu opieki dla chorych. Planował powołanie grupy duszpasterskiej, która pogłębiałaby swoją duchowość przy okazji towarzyskich spotkań.

      Najtrudniejsze były ostatnie chwile, gdy odchodził. Byliśmy przygotowani na to odejście, ale ciągle nie wierzyliśmy że to nastąpi. Odszedł spokojnie, po cichu.

      Pozostała pustka, którą trudno będzie wypełnić.

 
            




kontakt: Danuta Kawałko | design by Piotr Borowiec
góra stronymapa strony