Pomin nawigacje

Miłosierdzie Pańskie na wieki wychwalać będę


Z ks. prał. Eugeniuszem Golińskim rozmawiała Danuta R. Kawałko

Ks. prał. Eugeniusz Goliński, od siedmiu lat ojciec duchowny Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji Zamojsko-Lubaczowskiej, wcześniejszy rektor i proboszcz parafii św. Michała Archanioła w Zamościu oraz wikariusz kolegiaty zamojskiej, obchodził w niedzielę, 22 czerwca, 50-lecie święceń kapłańskich. Z tej okazji poprosiliśmy Dostojnego Jubilata o rozmowę.

Danuta R. Kawałko: - "Miłosierdzie Pańskie na wieki wychwalać będę". Dlaczego te właśnie słowa znalazły się na obrazkach z okazji Złotego Jubileuszu Kapłaństwa?
Ks. prał. Eugeniusz Goliński: - Wszystko, cokolwiek dzieje się, jest dziełem Bożego Miłosierdzia. Boże Miłosierdzie działa w sposób szczególny, gdy chodzi o posługę kapłańską. Jeżeli kapłan odnajdzie w sobie umiejętność poddania się Miłości Miłosiernej, otwierają się przed nim bogate perspektywy posługi duszpasterskiej. Kapłan sam z siebie jest kruszyną, niewiele potrafi. We współpracy z Miłosiernym Bogiem potrafi wiele. Wiele razy przekonałem się, że to Bóg działa, że Miłość Miłosierna rozlewa się obficie i uzupełnia w człowieku jego braki. To jest tak jak powiedział w Łagiewnikach Ojciec Święty: "Tylko ufność w Boże Miłosierdzie może świat ocalić".

- Pochodzi Ksiądz z Urzędowa. Wiadomo, że z parafii urzędowskiej wywodzi się wielu księży, także noszących takie samo nazwisko. Był wśród nich i bp Zdzisław Goliński. Czy to w jakiś sposób miało wpływ na powołanie do kapłaństwa?
- Powołanie do kapłaństwa to wielka Boża tajemnica. Na moje powołanie niewątpliwie miał wpływ dobry przykład księży, tradycje rodzinne, ale przede wszystkim atmosfera domu rodzinnego. Pójście w niedzielę do kościoła było sprawą świętą, normalną, potrzebą duszy. Rodzice prowadzili gospodarstwo rolne. Jak to w rolnictwie, czasami wypadałoby coś zrobić w polu w niedzielę z uwagi na pogodę. Tego nigdy nie było. Niedziela była dla nas dniem świętym. Całą rodziną chodziliśmy do kościoła. To od rodziców czerpałem najlepsze przykłady życia religijnego. Pamiętam moją kochaną mamę, która przy różnych domowych pracach lubiła śpiewać Godzinki, pieśni adwentowe, wielkopostne czy maryjne. Znaczącą rolę odegrał w moim życiu chór dziecięco-młodzieżowy, prowadzony przez prefekta ks. Jana Drabika. Śpiewałem w drugim głosie. Być może wtedy połknąłem bakcyla śpiewu religijnego, który wciąż towarzyszył mi w drodze do kapłaństwa i przez całe kapłaństwo. Ks. Drabik odegrał także inną wielką rolę. Niemalże zmusił mnie do uczęszczania na tajne komplety podczas okupacji, co zaowocowało przyjęciem do trzeciej klasy gimnazjum utworzonego w Urzędowie po wojnie. W rozwoju iskry Bożej powołania kapłańskiego odegrał rolę fakt, że od pierwszej klasy byłem ministrantem i bardzo kochałem służbę przy ołtarzu. Była dla mnie radością i zaszczytem.

- Po święceniach 21 czerwca 1953 r., przyjętych z rąk biskupa lubelskiego Piotra Kałwy, pierwszą placówką była zamojska kolegiata. Jak wyglądała wówczas praca młodego wikariusza?
- To były bardzo trudne czasy. Ksiądz Biskup był ogromnie skrępowany w zarządzaniu diecezją, także w posyłaniu księży do pracy w parafiach. Najpierw mógł wysłać księdza do pracy niejako na próbę. Jeśli po miesiącu nie było sprzeciwu władz państwowych, wówczas ksiądz otrzymywał pełną nominację. Tak było i ze mną. Parafia kolegiacka miała opinię wielce eksponowanej placówki, a praca tam to wspaniały szlif duszpasterski dla młodego księdza. Proboszczem był ks. kan. Franciszek Zawisza, dziekan. Cieszył się wielkim poważaniem u ludzi, a także pewnym respektem u władz komunistycznych. Przeżył bowiem obóz w Dachau. Męczennik wojenny. Wspaniały człowiek i duszpasterz. Od początku zawiązało się między nami pełne zaufanie, a nawet przyjaźń. W kolegiacie nauczyłem się rzetelnej odpowiedzialności za służbę Bożą i posługę duszpasterską.
Po 8 latach posługi duszpasterskiej w kolegiacie ks. Zawisza, wiedząc, że czeka mnie przeniesienie na inną parafię, zaproponował, abym został rektorem kościoła św. Michała w Zamościu, leżącego na terenie parafii kolegiackiej. Przy kościele św. Michała był duży ośrodek katechetyczny. Zaistniała potrzeba usamodzielnienia i uaktywnienia tam duszpasterstwa. Propozycję przyjąłem z zadowoleniem. Jako rektor zamieszkałem we wrześniu 1961 r. u państwa Kucharskich przy ul. Lubelskiej.

- W 1973 r. rozpoczęta budowa rektoratu, w 1981 r. rozbudowa domu parafialnego, w 1985 r. rozbudowa kościoła, w 1989 r. remont starej części kościoła, w 1995 r. budowa Centrum Pastoralnego. Praktycznie przez 20 lat ciągłe budowy. Jak to było możliwe?
- Kościół św. Michała w Zamościu był w opłakanym stanie, prowadzącym do całkowitej ruiny. Należał do jednostki wojskowej w Zamościu, a był w użytkowaniu parafii kolegiackiej. Po usilnych staraniach ks. Zawiszy Główne Kwatermistrzostwo Wojska Polskiego w Warszawie przekazało kościół parafii kolegiackiej za pośrednictwem Miejskiej Rady Narodowej w Zamościu w 1957 r.

Odtąd konieczne zabezpieczenia i drobne remonty mogły być prowadzone z większą swobodą. Kolejne remonty, budowy i rozbudowy wymuszane były sytuacjami. Wszystko przychodziło stopniowo. Z czasem zaczęło być ciasno, wierni nie mieścili się w kościele. I tu należy mocno zaznaczyć, że nie zabrakło oddanych ludzi, którzy podpowiadali, jak zapobiegać potrzebom - a ja słuchałem i analizowałem. Dobrzy ludzie pomagali tym chętniej, że widoczne były efekty prac. W tym czasie pojawił się ogromny zapał wśród wiernych. Budowy były prowadzone w czynie społecznym, pod czujnym okiem doskonałych inżynierów. Cały czas spokój i optymizm. Strach nigdy nie zaglądał w oczy, choć bywało bardzo ciężko. Najtrudniejsze były sprawy formalne, pozwolenia, które należało załatwiać w urzędach. Ciągnęły się latami. Ale i tam nie brakowało ludzi szlachetnych, którzy podpowiadali i pomagali. Dziś cieszę się, gdy patrzę na rozbudowany kościół, rozbudowaną plebanię i Centrum Pastoralne. To jest moje szczęście, moja radość. Radość tym większa, że służy ludziom zgodnie z przeznaczeniem. Moim następcą - proboszczem parafii jest ks. kan. dr Eugeniusz Derdziuk. Wspaniały człowiek i duszpasterz. Pracę poprzednika niezmiernie gorliwie kontynuuje i rozwija.

- Niezależnie od prac budowlanych, które tak bardzo pochłaniały Księdza jako proboszcza, odbywała się praca duchowa w parafii.
- Z pracami budowlanymi szła w parze praca duchowa. Parafia przodowała w Zamościu. Każda Msza św. była żywa. Ludzie rozradowani i rozmodleni. Pilnie wsłuchiwali się w słowo Boże kierowane do nich. Coraz bardziej wrastało życie eucharystyczne i zrozumienie potrzeby rozwoju duchowego. Znaczącą pomocą w duszpasterstwie była gorliwa katechetka, siostra Jordana, Wiktoria Kamińska, ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Misjonarek Maryi. To był mój pierwszy, wspaniały "wikariusz", z licznymi pomysłami, wytrwałością w pracy, wielką siłą oddziaływania na wiernych. Całkowicie oddana Bogu i Kościołowi. Niech ją dobry Bóg obdarzy szczęściem nieba! W 1968 r. otrzymałem do pomocy pierwszego wikariusza ks. Czesława Krakowiaka. Od 1974 r. było już dwóch, a później trzech księży. Miałem szczęście do gorliwych księży współpracowników. Zawsze byłem z dala od polityki. Moja polityka to służba Bogu, Kościołowi i człowiekowi. Służba człowiekowi, by był uczciwym, dobrym i odpowiedzialnym. By był człowiekiem sumienia, umiał pracować dla Ojczyzny i budował życie na Bogu, na przykazaniach Bożych i Ewangelii Jezusa. Tego zawsze mocno trzymałem się. Sądziłem, że jest to twórcza praca dla dobra Narodu, Ojczyzny i Kościoła. To był mój kanon życiowy.

- Z parafii św. Michała jest kilkanaście powołań kapłańskich. Czy ma na to wpływ praca duszpasterska?
- Powołanie kapłańskie to wielka tajemnica. Powołanie jest tylko dziełem Boga. Bóg jednak posługuje się ludźmi. W parafii św. Michała pracowało wielu gorliwych wikariuszy. Przykład ich życia, fascynacja ich pracą i radosną posługą ludziom budzi głębokie refleksje w młodym człowieku. Jeśli ksiądz widzi, że młody człowiek garnie się do Boga, rozwija swoją wiarę i życie religijne, otacza go opieką duszpasterską. Umożliwia dalszy rozwój przez dobre słowo, lekturę, a nade wszystko przez modlitwę, aby ten młody człowiek dobrze rozpoznał swoją drogę życia, czy przypadkiem nie słyszy wezwania Bożego "Pójdź za Mną". Nigdy ksiądz nie namawia do kapłaństwa. Niezdecydowanym, a stroniącym od świata może radzić, by doświadczyli swego pobytu w seminarium.

- Skąd zrodziła się myśl budowy Centrum Pastoralnego?
- Idea Centrum Pastoralnego z serca pochodzi. Bacznie obserwowałem życie parafian. Wiedziałem, ze parafia musi mieć zaplecze duszpasterskie poza kościołem. Widziałem dzieci błąkające się po ulicy bez opieki. Zrodziła się myśl, że należy przyjść im z pomocą. Widziałem też potrzebę utworzenia poradnictwa rodzinnego, psychologicznego, zdrowotnego. Dziś cieszę się, że Centrum Pastoralne, łącznie z salą widowiskowo-konferencyjną, zagospodarowane jest zgodnie z przeznaczeniem.

- Jak Ksiądz kontynuował swoje pasje śpiewacze z okresu młodzieńczego?
- Chór to mój skarb. Zanim zostałem księdzem, marzyłem, aby ludzi w kościele rozśpiewać. Marzyłem, by założyć chór dziecięco-młodzieżowy, bo w takim byłem wychowany. Pierwszy chór założyłem w kolegiacie. Gdy odchodziłem z kolegiaty, aby nie psuć tego, co zostało zbudowane, nie zabrałem ani jednej chórzystki. Przy kościele św. Michała założyłem początkowo zespół dziewczęcy, a następnie 3-głosowy chór. Później niezależnie dwa chóry: 3-głosowy młodzieżowy męski i 2-głosowy żeński dla dorosłych. Ze względów zdrowotnych, gdy gardło odmówiło posłuszeństwa, trzeba było zlikwidować dwa chóry. Pozostał tylko 3-głosowy dziecięco-młodzieżowy dziewczęcy, który z czasem przeszedł na 2-głosowy z bogatym opracowaniem i solistkami. Wyjeżdżaliśmy na koncerty do Częstochowy, Chełma, Tomaszowa, Krasnobrodu i innych parafii. Chór zawsze był liczny. W chórze śpiewały dziewczęta w wieku od 11 do 24 lat. Chórzystki miały piękne głosy. Chór istniał od 1961 r. do 1985 r. Gdy rozpoczęły się prace przy rozbudowie kościoła, ze względu na brak czasu zaprzestał swojej działalności.

- Jak Ojciec przyjął nowe wyzwanie, jakim było powołanie do pracy w seminarium, po 43 latach pracy w Zamościu, w tym 35 latach w kościele św. Michała?
- Propozycję przyjąłem jako wolę Bożą. Dla mnie prośba księdza biskupa jest poleceniem. Taką zasadę przyjąłem na początku kapłaństwa. Praca w seminarium ma zupełnie inny charakter. Wchodząc w nią, musiałem pokonać wiele trudności. Musiałem uczyć się jej niejako od początku. Jestem wytrwały w działaniu. To z czasem niesie radość i daje satysfakcję. Posługa ojca duchownego w seminarium to wielka odpowiedzialność za młodego człowieka. To kształtowanie i asystowanie w duchowym rozwoju alumnów. Rola powiernika. Alumni przychodzą z różnymi problemami. Wnoszą do seminarium różne, niewłaściwe przyzwyczajenia, które trzeba powoli wyciszać. Posługę swoją pełnię z cierpliwością i optymizmem. Klerycy są wdzięczni, że jestem uśmiechnięty. Staram się ukazywać im radosne i odpowiedzialne kapłaństwo. Inaczej nie można, bo posługa tak jest piękna, że trudno smucić się mimo trudności.

- Za co kapłan najbardziej dziękuje Panu Bogu?
- Dziękuję Bogu za kapłaństwo. Za to, że mogłem gorliwie służyć Bogu, Kościołowi i ludziom. Sądzę, że nie zmarnowałem daru powołania.

- Co chciałby Ojciec jako Jubilat przekazać klerykom i młodym kapłanom?

- Słowa wypowiedziane przez Jezusa w Kazaniu na Górze, będące Jego testamentem, a spisane przez Mateusza Ewangelistę: "Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi (...) Gromadźcie sobie skarby w niebie (...) Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje (...) Nikt nie może dwom panom służyć (...) Nie możecie służyć Bogu i Mamonie".

Cieszę się, że pomagam alumnom w dorastaniu do kapłaństwa. Życzę im, aby Chrystus Król był Panem ich serc. Był dla nich jedyną, wyłączną oblubieńczą Miłością. Tylko Jezus i nikt więcej. Aby zawierzyli Matce Bożej i tulili się do Niej. A Ona otoczy ich płaszczem opieki.

- Dziękuję za rozmowę.





kontakt: Danuta Kawałko | design by Piotr Borowiec
góra stronymapa strony